Prezydencka ucieczka przed kosmitami
W 1996 roku, podczas prywatnego pokazu w Białym Domu, doszło do niecodziennego wydarzenia. Prezydent Bill Clinton opuścił salę projekcyjną w trakcie seansu „Dnia Niepodległości”
- filmu, który właśnie zdobywał ogromną popularność na całym świecie. Co skłoniło głowę państwa do tak nietypowego zachowania?
Kultowa scena i jej polityczny wydźwięk
Film Rolanda Emmericha zawierał jedną z najbardziej ikonicznych scen w historii kina science-fiction – moment, w którym statek kosmiczny niszczy Biały Dom. Dla ówczesnego prezydenta USA oglądanie destrukcji swojej siedziby na dużym ekranie mogło być szczególnie niekomfortowym doświadczeniem.
„Dzień Niepodległości” zarobił wówczas 817,4 miliona dolarów, stając się drugim najbardziej dochodowym filmem wszech czasów
Sala projekcyjna Białego Domu – świadectwo historii
Warto wspomnieć, że sala projekcyjna w Białym Domu funkcjonowała od czasów prezydentury Franklina D. Roosevelta. Przez dekady gościła najważniejsze osobistości świata polityki i kultury, które oglądały tam zarówno dokumenty, jak i hollywoodzkie produkcje.
Współczesne echa historii
Dziś ta opowieść nabiera nowego znaczenia. Prezydent Donald Trump nakazał wyburzenie Wschodniego Skrzydła, w którym znajdowała się legendarana sala projekcyjna. Choć plany zakładają jej odbudowę w przyszłości, symbolika tego miejsca na zawsze pozostanie związana z anegdotą o ucieczce Clintona.
Historia ta doskonale pokazuje, jak filmowa fikcja może zderzać się z polityczną rzeczywistością. Dla prezydenta USA oglądanie zniszczenia własnej siedziby – nawet w konwencji science-fiction – mogło być zbyt intensywnym przeżyciem. Czy była to kwestia złego smaku, dyskomfortu, czy może zwykłej potrzeby pilnych obowiązków? Tego zapewne nigdy się nie dowiemy.
Ta anegdota pozostaje jednak ciekawym świadectwem relacji między światem polityki a kinematografią, pokazując, że nawet najpotężniejsi ludzie na świecie mogą potrzebować chwili wytchnienia od filmowej fikcji.
Foto: www.unsplash.com

