Na pozór „Balls Up” wpisuje się w dobrze znany schemat komedii drogi, w której dwóch zupełnie różnych charakterologicznie mężczyzn wpada w wir absurdalnych i coraz bardziej nieprawdopodobnych przygód. Niestety, po bliższym zapoznaniu się z filmem okazuje się, że mamy do czynienia z produkcją, która nie tylko nie wnosi nic nowego do gatunku, ale wręcz stanowi przykład tego, jak można zmarnować potencjał aktorski i budżet na poziomie hollywoodzkim.
Schemat znany od lat
Historia skupia się na parze bohaterów, których połączył przypadek lub zbieg okoliczności, zmuszając do wspólnej ucieczki przed pościgiem. Taki motyw był podstawą wielu udanych komedii, od „Zabójczego duetu” po „Różowe lata siedemdziesiąte”. Sukces zawsze zależał od dwóch kluczowych elementów: trafionego, inteligentnego humoru oraz chemii między aktorami. W „Balls Up” brakuje obu tych składników.
Wahlberg poza swoją ligą
Szczególnie rozczarowuje rola Marka Wahlberga. Aktor, który w swojej karierze ma zarówno mocne role dramatyczne („The Fighter”, „The Departed”), jak i udane komediowe występy (trylogia „Ted”), tym razem wydaje się kompletnie zagubiony. Jego postać jest płaska, pozbawiona charyzmy, a próby komizmu sprowadzają się do krzyku i przesadzonej mimiki. To kolejny po „Mile 22” i „Infinite” film, który podważa jego umiejętność wyboru wartościowych projektów poza bezpieczną przystanią współpracy z reżyserami takimi jak Peter Berg.
Oglądanie tej produkcji to prawdziwa próba cierpliwości. Humor jest nieprzyswajalny, oparty na taniych gagach fizycznych i dialogach pozbawionych polotu.
Gdzie się podział humor?
Największym problemem filmu jest jego komediowy rdzeń. Scenarzyści zdają się polegać na wyświechtanych żartach sytuacyjnych i humorze, który nie śmieszy, a co najwyżej wywołuje zażenowanie. Brakuje tu finezji, zaskoczenia czy choćby odrobiny inteligentnej autoironii. Dynamika między Wahlbergiem a jego ekranowym partnerem (w tej roli Paul Walter Hauser) nie iskrzy – ich relacja jest wymuszona, a dialogi brzmią sztucznie.
Produkcja, która miała być lekką, letnią rozrywką, okazuje się przykrym obowiązkiem nawet dla najbardziej wytrwałych fanów gatunku. „Balls Up” dołącza tym samym do długiej listy komedii, które pomimo dużego nakładu finansowego i znanych nazwisk, kompletnie chybiają celu. To film, który nie tylko nie bawi, ale także skłania do refleksji nad kryzysem współczesnej komedii wysokobudżetowej, polegającej na kopiowaniu sprawdzonych formuł bez zrozumienia, co tak naprawdę je czyniło zabawnymi.
Foto: cdn1.naekranie.pl

