Kultowy film kontra serialowa klapa
Serialowa adaptacja kultowego filmu „Bandyci czasu” z 1983 roku, która pojawiła się na Apple TV+ w 2024 roku, została powszechnie uznana za artystyczną porażkę i szybko skasowana po jednym sezonie. Twórcy, Taika Waititi i Jermaine Clement, nie zdołali odtworzyć magii oryginału. Teraz głos w sprawie zabrał sam autor pierwowzoru, legendarny reżyser Terry Gilliam, który w wywiadzie dla włoskiej gazety „La Repubblica” bezlitośnie wskazał źródło problemu.
Powodem porażki była decyzja, która miała zapewnić twórców, że serial nikogo nie urazi. A to właśnie jest problem. Kiedy próbujesz nikogo nie urazić, kończysz na tworzeniu czegoś, co jest pozbawione duszy i charakteru.
Gilliam, znany z surrealistycznego, niepokornego i często kontrowersyjnego stylu, uważa, że współczesna popkultura, sterroryzowana obawą przed negatywnym odbiorem społecznym, odcina się od prawdziwej kreatywności.
Co poszło nie tak? Analiza rozbieżności
Film z 1983 roku był szaloną, nieprzewidywalną podróżą przez czas i wyobraźnię, pełną absurdalnego humoru, mrocznych akcentów i typowego dla Monty Pythona poczucia absurdu. Serial, choć zachował podstawową ramę fabularną (grupa karzełków-porywaczy czasu i mały chłopiec), zdaniem krytyków i widzów stał się znacznie łagodniejszy, przewidywalny i pozbawiony ryzyka.
Kluczowe różnice według Gilliama i krytyków:
- Brak niepokorności: Oryginał był buntem przeciwko establishmentowi i nudzie. Serial, według Gilliama, stał się częścią systemu, który usiłuje zadowolić wszystkich.
- Nadmierne wygładzenie: Współczesne produkcje streamingowe często unikają ostrych kantów i dwuznaczności moralnych, by nie generować negatywnego PR.
- Utrata ducha przygody: Filmowa podróż była niebezpieczna i chaotyczna. Serialowa wersja wydawała się bardziej kontrolowaną, bezpieczną wycieczką z przewodnikiem.
Lekcja dla branży adaptacyjnej
Porażka „Bandytów czasu” to kolejny głos w dyskusji o trudnościach z adaptowaniem kultowych dzieł. Nie chodzi jedynie o wierność fabule, ale o uchwycenie nieuchwytnego „ducha” oryginału – jego tonu, odwagi i specyficznego świata. Gilliam wskazuje, że próba dostosowania takiego materiału do współczesnych, nadmiernie ostrożnych standardów produkcyjnych jest często receptą na klęskę.
„Jeśli zabierasz się za coś, co ma być szalone i nieokrzesane, musisz być gotowy na to, że kogoś to obrazi” – podsumowuje reżyser. Jego komentarz to nie tylko diagnoza konkretnego przypadku, ale gorzka refleksja nad stanem głównego nurtu produkcji filmowych i serialowych, gdzie bezpieczeństwo bywa stawiane wyżej niż artystyczna integralność i siła wyrazu.
Foto: cdn1.naekranie.pl

