Powrót do formuły, która podbiła serca widzów
Po nieco chłodniej przyjętym 9-1-1: Teksas, uniwersum ratownicze stworzone przez Ryana Murphy’ego powraca z nową odsłoną. 9-1-1: Nashville od razu daje do zrozumienia, że jego twórcy wyciągnęli wnioski z poprzednich doświadczeń. Przenosząc akcję do stolicy muzyki country, serwują nam mieszankę, która przypomina to, co pokochaliśmy w oryginalnym 9-1-1.
To nie jest kolejna nieudana próba rozszerzenia franczyzy. To powrót do korzeni – szybkiej akcji, absurdalnych zagrożeń i bohaterów, z którymi chce się spędzać czas.
Nashville – więcej niż tylko muzyka
Pierwsze dwa odcinki sezonu wprowadzają nas w świat stacji 119 w Nashville. Miasto, znane z Grand Ole Opry i dźwięków gitar, okazuje się być tyglem równie nieprzewidywalnych zdarzeń, co Los Angeles. Tutaj jednak, obok klasycznych pożarów i wypadków drogowych, na pierwszy plan wysuwają się zagrożenia typowe dla regionu – gwałtowne burze i… nie mniej gwałtowne kłótnie w świecie muzyki country.
Serial od razu uderza energią i tempem. Nie traci czasu na nadmierne wprowadzanie, zamiast tego od razu rzuca bohaterów w wir akcji. To sprawia, że pierwsze minuty oglądania są niezwykle satysfakcjonujące dla fanów gatunku.
Nowa załoga, stare problemy
W sercu serialu, jak zawsze, znajduje się załoga stacji. Kapitan Wyatt (w tej roli wiarygodny i charyzmatyczny aktor) prowadzi zespół złożony z barwnych postaci. Mamy tu:
- Protekcjonalnego weterana, który wszystko już widział.
- Świeżo upieczoną strażaczkę, która musi udowodnić swoją wartość.
- Paramedyka z tajemniczą przeszłością, która powoli wychodzi na jaw.
Ich dynamika nie jest rewolucyjna, ale jest napisana i zagrana z przekonaniem. Dialogi są ostre, pełne ciętego humoru, który łagodzi napięcie po kolejnych, często absurdalnych, interwencjach. To właśnie ta mieszanka dramatu i komedii była znakiem rozpoznawczym oryginału i tutaj została odtworzona z sukcesem.
Katastrofy z nutą absurdu
Jeśli chodzi o akcję ratunkową, 9-1-1: Nashville nie zawodzi. Pierwszy odcinek otwiera spektakularna scena z tornadem, które niszczy podczas koncertu na świeżym powietrzu. Drugi odcinek serwuje nam między innymi uciekające z transportu egzotyczne zwierzęta w centrum miasta. Scenarzyści znaleźli dobry balans między realizmem a rozrywkową przesadą, która czyni ten serial tak unikalnym.
Pierwsze wrażenie: obiecujący początek
Podsumowując pierwsze dwa odcinki, 9-1-1: Nashville wydaje się być tym, na co czekali fani zmęczeni odchyłami 9-1-1: Teksas. Serial nie próbuje na się wyróżniać, za to koncentruje się na solidnym wykonaniu sprawdzonej formuły. Ma energię, ma serce i ma te szalone, nieprawdopodobne akcje ratunkowe, które ogląda się z wypiekami na twarzy. Czy utrzyma ten poziom przez cały sezon? Czas pokaże, ale start jest niezwykle obiecujący.
Dla widzów, którzy stracili wiarę w rozszerzanie się tego uniwersum, Nashville może być miłym zaskoczeniem i powrotem do tego, co w tej serii najlepsze: dobrej, nieprzegadanej rozrywki z efektownymi akcjami w tle.
Foto: cdn1.naekranie.pl

